sobota, 8 sierpnia 2015

GUESS WHO'S BACK!!! / 6. "Don't fuck with my love."


Uhhh... Ja wiem.. Zawaliłam.. Zawaliłam po całości i wcale mnie nie zdziwi, jeśli żadne komentarze pod tym postem się nie pojawią, w końcu nie było mnie tutaj od ponad 3 miesięcy. Szczerze powiedziawszy aż boję się zerknąć na komentarze, bo nie wiem, czy jestem gotowa na hejty, które mogę tam zastać..

Dlaczego mnie nie było?
Nie, nie zamierzam Wam teraz pisać historyjek, bajeczek, ani nie zamierzam też tłumaczyć się z tego, bo tak naprawdę nie mam żadnego wytłumaczenia. Co prawda bywały dni, tygodnie, gdy doprawdy czasu nie było, ale nie miałam aż takiego zapierdzielu, aby nie dodać chociaż tego jednego, czy nawet dwóch rozdziałów na miesiąc. Tym bardziej, że mam ich napisanych kilka z wyprzedzeniem. To była jedynie kwestia lenistwa oraz braku weny.. No dobra, jednak postaram się troszkę wytłumaczyć..
W kwietniu zepsuł mi się telefon. Teraz sobie myślicie "I co z tego?".. Otóż już wyjaśniam. Jestem osobą, która lubi mieć wszystko zaplanowane, poukładane i opracowane, że tak powiem, do perfekcji. Aby coś napisać, lubię mieć pierw pewien zarys całej sytuacji. Zanim postanowiłam napisać nowe opowiadanie, wymyśliłam do niego wiele, wiele pomysłów. Gdy już miałam ich pokaźną ilość, zaczęłam pisać i publikować rozdziały na blogu z czasem uzupełniając moją kolekcję pomysłów o nowe, świeżo wymyślone. Niestety, będąc osobą "nowoczesną", zapisywałam wszystkie te moje myśli na telefonie.. I w momencie, gdy telefon padł, wszystkie pomysły poszły się je*ać. Co w tym wszystkim "najśmieszniejsze", to to, że pomysły do starego opowiadania, rozdziały ze starego opowiadania, czy nawet jakieś moje głupie notatki, wszystko to zapisało się na karcie pamięci, a to, czego potrzebowałam najbardziej, zostało w pamięci telefonu.. Uwierzcie mi, że przez to jeszcze bardziej odechciało mi się pisać. Wiem, pewnie myślicie sobie, że powód marny.. A mi się chciało płakać. Well, płakałam. Jak Boga kocham, płakałam. Mojej siostry były chłopak powiedział, że spróbuje odzyskać dane, aczkolwiek miał on też ważniejsze sprawy na głowie niż odzyskiwanie jakichś tam głupich notatek, zatem zeszło to nieco na plan boczny. Niestety, ale również w kwietniu oni się rozstali i nie było czasu na rozmowy o tym. Telefon jest wciąż u niego, zatem postaram się z nim dziś skontaktować i zapytać, co i jak.
Jest jeden plus. Mam osobę, z którą dość często dzielę się pomysłami. Zatem po poszperaniu nieco w wiadomościach z facebook'a, udało mi się odzyskać kilka pomysłów, więc dobre i tyle. Mam nadzieję, że pozostałe również odzyskam.


A teraz już bez zbędnego przeciągania, zapraszam na rozdział. :)
______________________________________________
W niewielkich rozmiarów przedpokoju w kilka chwil wytworzył się prawdziwy tłok. Wszyscy przyjezdni chcieli jak najmilej przywitać gości. Każdy kolejno podchodził do odwiedzających, co z kolei wywołało niemały harmider. Na uboczu trzymali się Ross z Rylandem oraz Rocky'm, którzy jedynie obserwowali całe zajście i czekali z powitaniem, aż sytuacja nieco się uspokoi. Długo czekać nie musieli. Już po chwili w korytarzu zwolniło się trochę miejsca, by ci mogli wreszcie porozmawiać z Carterami.

- Rocky, widzę, że włosy coraz dłuższe - uśmiechnęła się Jennifer, przerzedzając czuprynę starszego.
- A tak wyszło - uśmiechnął się niepewnie brunet, odsuwając dyskretnie głowę od dłoni nastolatki.
- Pasuje ci. Wyglądasz bardziej.. no wiesz, rockowo - zachichotała dziewczyna, komplementując towarzysza.
- Taki był zamiar - odparł pewnie Rocky.
- Tata cię woła - powiedział Ross, zachowując pokerową twarz.
- Po co? - zapytał dziewiętnastolatek.
- A co, przeszkodziłem ci w czymś? - burknął coraz mniej przyjaznym tonem.
- Uh.. nie, no coś ty. Tylko rozmawialiśmy. Już lecę - wybronił się ciemnowłosy, a następnie bez zastanowienia udał się do ojca.
- Co to miało być? - spytała niezadowolona z przerwania rozmowy Jen.
- Niby co? - zdziwił się blondyn.
- Tata go wołał, tak? - mruknęła ironicznie dziewczyna.
- Dokładnie tak - przytaknął Ross, na co dziewczyna jedynie parsknęła. - Jeżeli mi sugerujesz, że chciałem go od ciebie odciągnąć, to wierz mi, mam ciekawsze rzeczy do roboty.. - mówił coraz bardziej poruszony chłopak.
- Na przykład? - nie dawała za wygraną.
- Uhh.. nie wiem.. sprzątnięcie kibla? - odparł, wywołując grymas na twarzy koleżanki. Niespodziewanie podeszła jej matka.
- A wy już razem - uśmiechnęła się kobieta, obejmując obydwoje nastolatków. - Nic się nie zmieniło.
- Oj zmieniło - westchnął osiemnastolatek, oswobadzając się z uścisku. - Przepraszam bardzo, ale troszkę mnie mdli, pójdę lepiej do toalety - odparł i, nie zważając na słowa troski ze strony kobiet, pobiegł na górę, a następnie wszedł do swego pokoju i opadł na łóżko.

Tymczasem wszyscy powoli zaczęli zasiadać do stołu, podczas gdy Stormie wraz ze swoją matką dostawiały ostatnie przysmaki. Lada moment kolacja była gotowa i można było brać się za najlepszą część, czyli spożywanie przygotowanych smakołyków.

- Widział ktoś może Rossa? - zapytała Stormie, rozglądając się po pomieszczeniu.
- Mówił coś, że źle się czuje i poszedł na górę - odezwała się Pani Carter. - Jen, idź zobacz, czy wszystko w porządku - zwróciła się w kierunku dziewczyny, która powolnie zaczęła odsuwać się od stołu.
- Ja pójdę - odezwał się Riker, podnosząc się z krzesła.
- Ja też mogę - odparła Jennifer.
- Jestem pewien, że o wiele bardziej ucieszy się na mój widok - uśmiechnął się niewinnie w jej stronę dorosły.
- Ale..
- Chyba nie chcesz, żeby dostał jeszcze większych mdłości - dogryzł blondyn.
- Riker! - burknęła niezadowolona Stormie.
- Przepraszam - odezwał się w jej stronę. - To tylko takie żarty między nami - uśmiechnął się do matki. - Prawda, Jen?
- Tak, pewnie - przytaknęła młodsza, po czym ponownie dosunęła się do stołu. - Leć do niego.
Dwudziestodwulatek bez dalszych dyskusji udał się na górne piętro, a następnie wszedł do łazienki, uprzednio delikatnie pukając w drzwi. Nie zastawszy tam brata, skierował się do jego pokoju, co okazało się być dobrym celem.
- Czekamy na ciebie - odezwał się Riker, do leżącego plackiem na łóżku Rossa.
- Aee ja nuygdze nue yde - wymamrotał w poduszkę.
- Aubabuuaubu - przedrzeźnił starszy. - Nie wiem, co powiedziałeś, ale ruszaj dupę, bo jedzenie stygnie - powiedział, po czym z całej siły klepnął brata w tyłek. Ten donośnie jęknął z bólu i natychmiastowo podniósł się z łoża.
- Boże, dlaczego? - jęknął Ross, pobierając dłonią bolesne miejsce.
- Nie jestem Bogiem - zaśmiał się starszy.
- Riker.. dlaczego? - poprawił się blondas.
- No bo.. dlaczego nie? - kontynuował wciąż rozbawiony dorosły.
- Powinienem ci oddać.
- Ej, gdyby nie ja, to byłaby tutaj Jen zamiast mnie. Powinieneś mi raczej dziękować. A teraz chodź na dół - odparł, kiwając głową w stronę drzwi.
- Naprawdę nie chce.. Powiedz im, że źle się czuję - powiedział prosząco Ross.
- Oj przestań, nie pokazuj jej, że cię rusza jej obecność. Jak zobaczy, że już ci nie zależy, będzie sobie pluła w twarz.. a wtedy ty powiesz "sorry, ale się spóźniłaś" - uśmiechnął się dorosły, obejmując brata jedną ręką.
- Ja po prostu nie chcę, żadnych głupich pytań o nas. Tak jak podeszła jej matka i zaraz "ojej wy jak zwykle razem bla, bla, bla"..
- A weź nawet nie zwracaj na to uwagi - powiedział, idąc z młodszym w stronę schodów. - Ludzie zawsze gadali i gadać będą, jak byś nie wiedział.
- Ta, pewnie masz rację. Dobra, idziemy, głodny jestem - wzruszył ramionami i wraz z bratem udali się do jadalni, gdzie wszyscy na nich czekali.
- Wszystko w porządku, Ross? - zapytała Stormie.
- Tak, trochę źle się poczułem, ale już mi lepiej - uśmiechnął się, zajmując miejsce przy stole. Tak jak było powiedziane, usiadł między Rikerem, a Rydel.
- To bardzo dobrze. Teraz siadaj i szamajmy, bo z głodu umieram - zaśmiał się Derek, następnie nakładając na talerz kilka przysmaków.

Wbrew wszelkim przekonaniom kolacja minęła wszystkim bardzo pozytywnie. Osiemnastolatek nie zamienił ani jednego słowa z łamaczką jego serca i ani razu z niczyich ust nie padło pytanie odnośnie ich relacji. Dziewczyna zagadywała głównie Rocky'ego, obok którego usiadła. Riker najwięcej uwagi poświęcił Caroline. Praktycznie całą ucztę przegadali ze sobą.

Po posiłku dorośli zajęli się sprzątnięciem naczyń ze stołu, młodzież natomiast udała się na górne piętro, by spędzić trochę czasu w swoim gronie.
- Więc co robimy? - zapytał Rocky, rozsiadając się w fotelu niczym król.
- Proponuję monopoly! - ucieszyła się Rydel, wyciągając pudełko z grą. - To już nasza tradycja.
- Jestem za - uśmiechnęła się Lori.
- I ja tez - przytaknęła Car.
- Będziesz ze mną w parze? - uśmiechnęła się do Rocky'ego Jennifer.
- A możee.. Co wy na to, żeby tym razem zagrać chłopacy na dziewczyny, hm? Pary męsko męskie i damsko damskie - zaproponował dziewiętnastolatek, zdobywając niemalże stuprocentowe poparcie. - Może następnym razem - uśmiechnął się do siedemnastolatki.
- Skoro tak, to może pójdziesz gdzieś jutro ze mną? Otworzyli nieopodal..
- Jen.. - zaczął brunet, kładąc dłoń na przedramieniu nastolatki. - ..w zaistniałej sytuacji nie w głowie mi wyjścia, gdy mój młodszy brat jest w rozsypce. Może.. kiedyś - wyjaśnił, po czym dołączył do sióstr i pomógł im rozkładać planszę.
- Jak się dzielimy? - zapytał Riker.
- To ja z Rossem. Rozmiażdżymy was - uśmiechnął się Rocky. - Prawda, brat?
- Tak.. pewnie - odparł bez przekonania.
- Ej, młody, troszkę więcej emocji poproszę – dziewiętnastolatek kilkukrotnie szturchnął młodszego łokciem, na co ten w dość nerwowy sposób powstał.
- Emocji? Chcesz emocji? Dobrze, dostaniesz emocje – odparł donośnie. – Nie BĘDĘ grał z wami w żadną durną grę i udawał, że wszystko jest w porządku. Nie mam na to nawet najmniejszej ochoty i przestańcie mnie do cholery na siłę do wszystkiego namawiać. Naprawdę  nie mam ochoty. Uwielbiam was wszystkich, ale na ciebie.. – wskazał na Jennifer - ..nie mogę patrzeć. Zachowujesz się, jakby nic się nie stało i od kiedy tylko tu przyszłaś bezczelnie na moich oczach podrywasz mojego brata! – unosił się wzburzony, nie mogąc dłużej opanowywać napięcia.
- Wcale go nie podrywam – odezwała się Jen, na której twarzy widniały już delikatne rumieńce.
- Robisz do niego maślane oczy. Wszystko mi jedno – machnął ręką, a następnie wyszedł z pomieszczenia, zatrzaskując za sobą drzwi, pozostawiając towarzystwo w całkowitym osłupieniu.

______________________________

Oto i on!

Raz jeszcze chciałabym Was szczerze, z całego serduszka przeprosić za moją nieobecność. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby blog wrócił do dawnego schematu. <3


A teraz kilka pytań do Was ;)
1. Czy coś będzie między Rocky'm a Jennifer?
2. Czy coś będzie między Rikerem a Caroline?
3. Co sądzicie o końcowym popisie Rossa? :P
Odpowiedzi w komentarzach. ;)



~DarkAngel <3

czwartek, 30 kwietnia 2015

NOTKA

NOWY ROZDZIAŁ POJAWI SIĘ DZIŚ WIECZOREM, A KOLEJNY W NIEDZIELĘ :)

notkę dodaję na szybko, bo mam lekcje :P

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

5. "They're just girls, breaking hearts."

Hej! ;*
Na samym początku chcę powiedzieć, że TAK, ten głupi post o końcu bloga był tylko i wyłącznie głupim primaaprilisowym żartem. Wiem, nieśmieszne.
Przepraszam, jeśli sprawiłam tym komuś przykrość, nie chciałam. ;P Aczkolwiek większość z Was i tak ogarnęła, że chodziło mi o Prima Aprilis, więc jak widać kawał marny. :P
A teraz bez zbędnego przeciągania, trzymajcie rozdzialik na przeprosiny. ;)
______________________________
*Środa, 25 grudnia*
Nadszedł wyczekiwany przez wszystkich dzień Bożego Narodzenia. Żeńska część rodziny już od najwcześniejszych godzin urzędowała w kuchni, przygotowując świąteczne śniadanie. Męskie grono natomiast, zostało zbudzone dopiero na dźwięk swoich budzików - nieco po godzinie ósmej. Wszyscy zebrali się niebawem w salonie, gdzie wokół choinki rozłożone były kolorowe paczki z prezentami. Było ich doprawdy wiele, jako że rodzina również była bardzo liczna. Niebawem każdy po kolei zaczął otwierać swoje podarki, począwszy od najmłodszych członków familii, gdyż to oni byli najbardziej niecierpliwi. Tuż po nich za rozwijanie paczuszek zabrała się młodzież, a na koniec zostały prezenty dla tych najbardziej dojrzałych z grona i pomimo, iż wiekowo każdy był na innym poziomie, wszyscy byli równie mocno podekscytowani rozpakowywaniem niespodzianek.
Po zapoznaniu się z nowymi upominkami, cała rodzina rozsiadła się wygodnie w salonie, by następnie wspólnie kolędować przy akompaniamencie gitar oraz pianina, a których przygrywali uzdolnieni muzycznie członkowie zespołu. Następnie wszyscy przeszli do dalszej części pomieszczenia, w której znajdowała się jadalnia, a w niej bogato zapełniony delikatnymi dla żołądka smakołykami stół. Wszyscy z wyjątkiem siedemnastoletniego Ross’a, który stał oparty o ścianę, trzymając w dłoniach niewielkich rozmiarów pudełko. Zauważywszy to Riker bez zastanowienia podszedł do brata.
- Co tam trzymasz? – zapytał, obejmując młodszego jedną ręką. Blondas wzruszył ramionami.
- Miałem to dać Jennifer – odpowiedział z wyczuwalnym w jego głosie rozgoryczeniem.
- Więc czemu jej tego nie dasz? – spytał zachęcająco dorosły.
- Po co? Żeby to wyrzuciła? Tak samo jak mnie? – odparł obojętnie.
- Przecież się przyjaźniliście. Nie pozwól, aby..
- Dobrze powiedziane, przyjaźniliśmy – wtrącił w słowo bratu. – Wiesz, jeśli chcesz daj to Caroline. Ucieszy się – dodał, wręczając starszemu ładnie zapakowane pudełeczko.
- A wy co, nie zamierzacie do nas dołączyć? – zapytał Derek, będący kuzynek chłopców, podchodząc do dwojga blondynów.
- Właśnie idziemy – uśmiechnął się Riker. – Musieliśmy zamienić kilka słów.
- Kobiety? – spytał dwudziestosiedmiolatek, szturchnąwszy młodszych braci.
- Powiedzmy – odparł ciężko Ross. – Chodźmy już jeść, bo padam z głodu – powiedział, odchodząc od tematu, a następnie, nie czekając na rodzeństwo, usiadł przy stole z resztą rodziny. Derek posłał Riker’owi podejrzliwe spojrzenie.
- To skomplikowane – wycedził krótko Riker.
- Zostaję tu do soboty, więc spokojnie zdążycie mnie wtajemniczyć – zaśmiał się delikatnie w stronę kuzyna. – Chodź jeść, zanim wszystko zniknie ze stołu – poklepał młodszego po plecach i razem dołączyli do pozostałych.
Po skończonym posiłku Rocky, Riker, Ross, Ryland oraz Derek udali się z najmłodszymi szkrabami na spacer, aby jeszcze bardziej umilić im dzień. Początkowo wspólnie ulepili ze śniegu pole bitwy, by następnie stoczyć drużynową bitwę na śnieżki, która skończyła się zwycięsko dla drużyny Derek’a i Ryland’a oraz ich małych pomocników. Następie dzieciaki zajęły się budowaniem bałwanków, a chłopcy rozsiedli się na dwóch ławkach, znajdujących się nieopodal maluchów, by z łatwością mogli obserwować ich poczynania, jednocześnie mogąc zając się rozmową między sobą.
- I co, jak wam się układa? Widzę, że R5 coraz bardziej popularne – zaczął Derek, zagadując kuzynostwo.
- A no, powolutku i do przodu – uśmiechnął się Rocky.
- Powolutku? Czasem aż trudno mi uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Stoję przed tłumem ludzi i myślę ‘’nie, to nie może być prawdziwe, ja chyba śnię” – odezwał się Riker. – Ale to wcale nie jest sen i to jest najbardziej szalone – mówił z podekscytowaniem, po czym zaśmiał się delikatnie.
- Jestem z was wszystkich strasznie dumny. Zasłużyliście na to – odparł Derek, komplementując krewnych.
- Mówisz, jakbyś nie znał tego uczucia, gdy tysiące oczu się w ciebie wpatruje – wtrącił Ross, spoglądając z uniesioną brwią i delikatnym uśmieszkiem w stronę kuzyna.
- Wspaniałe uczucie – zaśmiał się najstarszy. – A jak sprawy sercowe? – zapytał, zmieniając temat.
- Uh nijak – odezwał się Rocky.
- Czy możemy choć na moment zapomnieć o dziewczynach? – mruknął niezadowolony Ross. – Jesteśmy teraz w męskim gronie, więc zajmijmy się.. męskimi sprawami – rzucił, wymachując rękoma.
- A niby co jest bardziej męskim tematem niż dziewczyny? – zapytał z pogardą Ryland, spoglądając z uniesionymi brwiami na brata.
- Uhm.. – zawiesił się starszy, rozglądając dookoła. Po chwili podniósł się z ławki i odszedł kawałek dalej. – TO – wskazał ręką na przysypane śniegiem krzaki – jest bardzo ładny krzaczek.
- Tak, bardzo męski ten krzak – zaśmiał się ironicznie szesnastolatek.
- Ross ma rację, to bardzo ładny krzaczek – odparł Rocky, stawiając się za blondynem. – Na świecie są nie tylko dziewczyny. Możemy porozmawiać o samochodach, gitarach, o sporcie.. A nie tylko dziewczyny i dziewczyny, to oklepane – machnął ręką.
- Dzięki – szepnął z uśmiechem Ross, na co Rocky dyskretnie poklepał go po plecach.
- Skoro mowa o autach, planuję sobie kupić BMW x6, piękne autko – odezwał się Derek.
- A co z twoim starym samochodem? – zapytał z zaciekawieniem Ryland.
- Jeszcze nie wiem – odpowiedział, sięgając z kieszeni komórkę. – Dobra, chłopaki, zbierajmy się, za godzinę obiad.
- Okej, zgarnę dzieciaki – powiedział Riker, ruszając w stronę bawiących się dzieci.
Niespełna pół godziny później chłopcy wraz z czeladką podopiecznych dotarli na miejsce. Od samego wejścia wyczuć można było przeróżne zapachy, roznoszące się po mieszkaniu. Nic więc dziwnego, że na samą myśl o pysznościach, które przygotowały panie, każdy od razu robił się głodny. Szczególnie chłopcy, którzy wówczas zmęczeni byli po śnieżnej bitwie, zatem każdy z nich od razu z apetytem zasiadł do posiłku, umywszy wcześniej ręce. Na zasłanym pięknym, białym obrusem stole królowała pieczona szynka, czyli tradycyjne bożonarodzeniowe danie, oraz między innymi słodkie ziemniaki, sos borówkowy, zapiekanka z zielonej fasolki i sałatka ziemniaczana, którą jak co roku przygotowała Rydel wraz z kuzynką Julianne. Na deser natomiast nie mogło zabraknąć różnego rodzaju soków oraz eggnog, czyli napoju jajecznego z dodatkiem brandy i przypraw, co jest zwyczajowym trunkiem tego dnia.
Przy tak pięknie zastawionym stole, każdy z apetytem zajadał się wszelkimi potrawami, począwszy od szynki, skończywszy na niewielkich kolbach kukurydzy. Po posiłku rodzina jeszcze dłuższy czas spędziła na wspólnych rozmowach, a następnie każdy rozszedł się w swój kąt. Teraz nareszcie mogli nacieszyć się otrzymanymi prezentami.
Rydel z kuzynkami (Julianne i Lori) udały się do pokoiku, by poprzymierzać nowo nabyte ciuchy. Ryland wraz z Derek’iem i Mark’iem starali się rozpracować nową konsolę szesnastolatka. Ross z Riker’em ogarniali wzmacniacz, który otrzymał młodszy z blondynów, a Rocky wraz z dzieciakami bawił się ich zabawkami, co sprawiało mu doprawdy wiele frajdy.
- Jak się czujesz w związku z kolacją? – zapytał Riker, podłączając kolejne kabelki do wzmacniacza.
- A jak mam się czuć? – spytał Ross, rzuciwszy bratu niepewne spojrzenie. – Kolacja jak kolacja.
- Carter’owie przychodzą – odpowiedział, spoglądając na młodszego. Ten momentalnie zbladł, a jego wyraz twarzy mówił sam za siebie.
- Po prostu zajebiście – machnął rękoma, siadając ciężko na podłodze, opierając się o ścianę, na co dwudziestodwulatek wymierzył mu dość mocny cios w ramię. – Ałł! – fuknął, chwytając się za bolące miejsce. – Przepraszam – jęknął, zerkając na brata spod byka.
- Wybacz, hamuj się – uśmiechnął się niewinnie Riker, który uderzał siedemnastolatka w taki sposób ilekroć temu zdarzyło się przeklnąć. Wraz z Ross’em jakiś czas temu poszli na taki układ, gdyż ostatnimi czasy zdarzało mu się wręcz nadużywać bluźnierstw.
- Niebawem ktoś zacznie podejrzewać, że mnie w domu biją – pokręcił nosem młodszy. – W sumie, to będą mieli rację.. Anyway, nie chcę jej tu widzieć. Nie teraz. Nie jestem gotów.
- Przecież nic nie zrobiłeś. Zachowuj się, jakby nic takiego się nie wydarzyło – doradził dorosły.
- Łatwo ci mówić. To nie tobie twoja najlepsza przy.. BYŁA najlepsza przyjaciółka wbiła nóż w plecy. I to jeszcze w taki sposób.. Gorzej tego rozegrać chyba nie mogła.
- Przecież będę cały czas przy tobie. Nie pozwól jej widzieć, że cierpisz – mówił Riker, próbując wzbudzić w bracie nieco pewności siebie, której od kilku dni mu brakowało.
- A jak wyjdziesz do łazienki? – zapytał całkiem poważnie Ross.
- Haha, co? – zaśmiał się donośnie dwudziestodwulatek. – Wierzę, że jednak wytrzymasz te dwie minuty beze mnie – odparł, kładąc dłoń na ramieniu młodszego, starając się zachować jak najwięcej powagi. – A jeśli nie, to najwyżej pójdziesz mi potrzymać.
- Hmm.. Po głębszych przemyśleniach stwierdzam, że usiądę między tobą a Rydel w razie, gdyby któreś z was musiało mnie opuścić.
- To dobra decyzja – przytaknął wciąż rozbawiony mężczyzna.
- Albo po prostu powiem, że źle się czuję i zostanę w swoim pokoju – uśmiechnął się szeroko blondas.
- Aaalbooo.. przestań już kombinować i staw temu czoła.
- Ale ja nie chcę.. – westchnął ociężale Ross. – Jestem taki beznadziejny. Nic nie potrafię załatwić sam, do wszystkiego potrzebuję wsparcia. Bez ciebie i reszty band’u jestem niczym.
- Ejj nie mów tak. Masz niespełna osiemnaście lat, dopiero uczysz się życia, to normalne, że potrzebujesz wsparcia. A przecież kto ma ci pomóc, jeśli nie rodzina? Przez tę sytuację z Jen stałeś się strasznie negatywnie do siebie nastawiony. Poważnie, przestań się tak zadręczać i weź się w garść chłopie. Robisz o wiele lepiej, mówiąc nam o swoich problem i szukając w nas wsparcia, niżeli miałbyś się zamknąć w sobie i, nie daj Boże, zrobić coś głupiego – wypowiadał się z przekonaniem dorosły, chcąc przekonać brata do swoich racji. - Jestem od ciebie o cztery lata starszy, a sam wciąż się uczę jak żyć. Nie ma tu się czego wstydzić – uśmiechnął się.
- Masz rację, Riker. Mówiłem ci kiedyś, że jesteś świetnym bratem? – zapytał, posyłając bratu ciepłe spojrzenie.
- No może raz czy dwa – odparł ze śmieszkiem.
- Jesteś świetny – uśmiechnął się Ross. – Nie będę jej unikał, przecież dobrze zrobiłem. Przynajmniej teraz wiem, na czym tak naprawdę stałem – powiedział znacznie pewniejszym tonem.
- I to właśnie chciałem od ciebie usłyszeć. Takiego Ross’a znam – odparł Riker, targając bratu włosy. W tymże momencie chłopcy usłyszeli donośne głosy dobiegające z przedpokoju. Od razu zorientowali się, że właśnie dotarli do nich goście. Dorosły spojrzał na brata, który właśnie stał w bezruchu, wpatrując się w pustą przestrzeń przed nim, po czym szturchnął go delikatnie łokciem. – Ready, set, rock? – rzucił, wyciągając w jego stronę dłoń.
- Ready, set, rock – uśmiechnął się po chwili zawahania, przybijając bratu piątkę, a następnie razem ruszyli do gości.
___________________________________

15+ komentarzy = nowy rozdział
(nie biorę pod uwagę komentarzy typu "spoko")

Uff, ciężki był to rozdział, ale udało się! Sporo w nim opisów, a to jest według mnie najtrudniejszą częścią każdego rozdziału.
Wybaczcie, ale nic więcej sensownego nie dam rady napisać, gdyż jestem bardzo śpiąca i zamierzam się właśnie położyć spać, zatem dobranoc, kolorowych snów. ;* A jeśli czytacie to nad ranem, to dzień dobry. ;*


No ale jednak jeszcze kilka pytań do Was ;)
1. Co sądzicie o relacjach Ross'a z Riker'em? Ogólnie co sądzicie o relacjach rodzeństwa Lynch?
2. Czy Ross da radę, tak jak mówił, zachowywać się, jakby nic nie zaszło między nim a Jen, czy może jednak mu się to nie uda?
3. A co z Riker'em i Caroline? 






A teraz nieco spóźnione:

WESOŁYCH ŚWIĄT



MOKREGO DYNGUSA! 


~DarkAngel <3

środa, 1 kwietnia 2015

KONIEC!

Hej! ;*

Wiem, że dość dawno nie było nowego rozdziału, aczkolwiek wciąż się nie doczekałam 15 komentarzy, mimo, iż wyświetleń dziennie jest baaaardzo wiele. Jednakże to już nieważne i pozwólcie, że bez zbędnego przeciągania przejdę do konkretów...

Otóż uznałam, że kolejny rozdział już się nie pojawi, gdyż bloga zamykam.. Przepraszam wszystkich, którym sprawiło to przykrość, aczkolwiek nowe opowiadanie nie przyniosło oczekiwanych skutków, zatem nie widzę sensu w dalszym prowadzeniu go. Dziś wieczorem dodam notkę podsumowującą całą moją działalność na blogspocie, a tymczasem się już z Wami żegnam, ponieważ niedługo muszę wyjść i nie mam zbyt wiele czasu na rozpisywanie się.

Dziękuję wszystkim, którzy ze mną byli, i którzy systematycznie komentowali oraz odwiedzali mojego bloga. <3

~DarkAnglel <3

środa, 25 marca 2015

4. "We break up, to make up."

15+ komentarzy = nowy rozdział w sobotę
(nie biorę pod uwagę komentarzy typu "Spoko")

___________________________________
Kipiący złością i rozgoryczeniem Ross wparował do domu, po czym natychmiastowo udał się na górne piętro, nie przejmując się nawet zdjęciem ubrań. Cała rodzina siedziała wówczas w salonie, dyskutując między sobą, zatem nikt nawet nie spostrzegł pojawienia się blondasa. Ten, korzystając z sytuacji, wszedł do swojego tymczasowego pokoiku i bezszelestnie zamknął ze sobą drzwi, a następnie rozebrał się, nerwowo rzucając ubraniami we wszystkie strony. Ostatecznie, nie będąc w stanie dłużej walczyć z myślami, rzucił się na łóżko, wtuliwszy głowę w poduszkę i zaczął płakać.
Tymczasem Riker wraz z Rocky’m również zdążyli dojść na miejsce. Prawdę mówiąc sami nie wiedzieli jak się zachować. Głupio im było z powodu brata, jednakże jego zachowanie było dość przesadzone i niesprawiedliwe. Nie od dziś było wiadomo, że Ross ma bardzo wybuchowy charakter.
- I jak poszło? - zapytała podekscytowana Rydel, która, gdy tylko zauważyła braci, postanowiła od razu udać się na przeszpiegi.
- Beznadziejnie - odparł Riker, odwieszając kurtkę na wieszak. - Dała mu kosza.
- Poważnie? - zdziwiła się Rydel. - Kurczę, gdzie on jest? Muszę go przytulić. - Chłopcy wymienili się zmieszanymi spojrzeniami.
- Um, nie ma go w domu? - zapytał ze zdziwieniem najstarszy.
- Nie widziałam go. Myślałam, że był z wami - odpowiedziała równie zaskoczona dziewczyna.
- Tak było, ale.. później sobie poszedł - odparł Riker.
- W każdym razie ja go już szukać nie zamierzam - rzucił Rocky. - "Znikam z jego życia" - dodał, przedrzeźniając głos młodszego, po czym skierował się do salonu. Rydel pognała za nim wzrokiem i ponownie wróciła do rozmowy z blondynem.
- A to co było? - zapytała, wskazując palcem w miejsce, w którym stał Rocky.
- Trochę się poprztykaliśmy z Ross'em.. On twierdzi, że to wszystko nasza wina. Rzeczywiście mogliśmy go aż tak nie nakręcać, ale mimo wszystko zrobiliśmy to w dobrej wierze - wyjaśnił Riker, siłując się z butami.
- I przez to kazał wam zniknąć ze swojego życia? - dopytywała wciąż nie w pełni nasycona informacjami Rydel.
- Nie do końca.. - przerwał, łapiąc ciężki wdech i z politowaniem spojrzał na siostrę. - Powiedziała mu, że kocha Rocky'ego.. Najwidoczniej dla niego było to jednoznaczne z tym, że Rocky kocha ją. Ugh w koncu! - rzucił donośnie, uporawszy się ze zdjęciem obuwia. - Nie znoszę tych butów!
- To czemu je nosisz?
- Bo są wygodne - wzruszył ramionami chłopak. Rydel przewróciła oczami.
- Sprawdzę czy jest na górze i pogadam z nim. Chyba, że ty chce..
- A bierz go sobie - wtrącił, przerywając dziewczynie. - Ja już mam dość na chwilę obecną. Okiełznaj go, a ja najwyżej później zajrzę.
- "Okiełznaj" - przedrzeźniła ze śmieszkiem rozbawiona dwudziestolatka.
- Przecież to ogier - zaśmiał się starszy, a zaraz po nim Rydel.
W następnej kolejności dwudziestolatka udała się na górę, by sprawdzić, czy Ross już wrócił. Delikatnie zapukała do drzwi od jego pokoiku i nie czekając na odpowiedź weszła do środka. Na widok jej młodszego brata, leżącego na łóżku z lekko podkulonymi nogami, pociągającego nosem, serce mało co jej nie pękło. Od razu bez zastanowienia usiadła przy blondynie i nie wypowiadając żadnego słowa mocno go przytuliła. Tkwili w takiej pozycji przez dobrych pięć minut. Dopiero wtedy chłopak się odezwał.
- Czy to zawsze tak boli? - zapytał przez łzy, z trudem łapiąc oddech.
- Ehh.. Nie wiem, Ross - odpowiedziała bezradnie Delly. - Wiem natomiast, że nie zawsze jest kolorowo, jak by się mogło wydawać - powiedziała spokojnie, gładząc ramię brata.
- W moim życiu już nigdy nie będzie kolorowo - odparł markotnie siedemnastolatek.
- Oh nie mów tak. Ross, ja rozumiem, że to cię boli.. ale nie możesz od razu się załamywać. Będziesz miał jeszcze wiele innych dziewczyn, aż wreszcie spotkasz tą jedyną - mówiła wciąż stałym, łagodnym tonem.
- Więc tego będzie więcej? - zapytał coraz bardziej zrezygnowany. Po odrzuceniu przez Jennifer, stracił jakiekolwiek nadzieje na poprawę humoru.
- Tego nie wiem.. Tutaj już wszystko zależy od ciebie.
- Wiesz.. dobrze mi samemu. Może tak zostać nawet na zawsze - powiedział, znów będąc bliskim płaczu. Ostatnią rzeczą, o której teraz myślał było pakowanie się w kolejny związek.
- Ależ nie mów tak przez jedno, głupie niepowodzenie. W życiu trzeba mieć kogoś, kto będzie cię uzupełniał - przekonywała dziewczyna, chcąc podnieść młodszego na duchu.
- Tylko czemu to musi zadawać tyle cierpienia? - pytał nieporadnie Ross.
- Bo taka jest miłość - odpowiedziała po chwili zastanowienia Rydel.
- W takim razie ja już nie chcę kochać..
W tym momencie drzwi od pokoiku powolnie się otworzyły. Stał w nich Riker, który wreszcie postanowił porozmawiać z bratem. Prawda jest taka, że spośród rodzeństwa miał on największy wpływ na Rossa, i mimo iż całe rodzeństwo miało ze sobą bardzo zażyłe relacje, to z Rikerem siedemnastolatek trzymał się najbliżej.
- Ktoś chciałby z tobą porozmawiać - szepnęła młodszemu do ucha. Chłopiec uniósł głowę i zerknął przez ramię, po czym bez słowa ponownie się ułożył. - Zostawię was - cmoknęła brata delikatnie w policzek i wyszła z pomieszczenia, zostawiając chłopaków na osobności. Riker niepewnie położył się za bratem.
- Przepraszam.. że cię do tego namówiłem - odezwał się dorosły. Po chwili Ross odwrócił się do niego przodem.
- Nie, to ja przepraszam. Chciałeś dobrze.. To ja schrzaniłem - powiedział ze skruchą.
- Nic nie schrzaniłeś. Zachowałeś się tak, jak powinien facet. Powiedziałeś, co czujesz.. A to, że Jennifer tego nie doceniła.. to jej strata. Jesteś świetnym chłopakiem. W końcu masz to po bracie, mój mały klonie - zażartował Riker, targając włosy brata, wywołując u niego lekki śmieszek.
- Ty i ta twoja skromność - przewrócił oczami Ross.
- Wracając do tematu.. Słyszałem trochę, co mówiłeś Rydel. Wiesz, zawsze możesz mieszkać ze mną i moją żoną - uśmiechnął się szeroko Riker.
- Wow, no dzięki bracie.. To miłe z twojej strony - odparł z ciężkim westchnięciem siedemnastolatek.
- A tak na poważnie.. Rocky'emu było strasznie przykro, gdy na niego naskoczyłeś.. On nic do Jen nie czuje - powiedział, zupełnie zmieniając ton.
- Wiem to. Po prostu.. Gdy usłyszałem jak mówi, że woli jego.. – złapał głęboki oddech. – Nie wiesz, co wtedy czułem. Miałem ważenie jakby.. cały świat mi się zawalił - dodał, ponownie zanurzając się w smutku.
- Rozumiem. Jednak pamiętaj, że nie jesteś z tym wszystkim sam, okej? – zapytał, smyrając brata po ramieniu. – Masz mnie, Rydel, Ryland’a, Ratliff’a.. i ROCKY’EGO.
- Powinienem go przeprosić, co? – Riker z poważną miną przytaknął. – Zrobię to później - zapewnił z przekonaniem. Zdawał sobie sprawę, że nie powinien był tak postępować wobec bruneta. Nie wie, co wtedy w niego wstąpiło. Nie potrafił zapanować nad złością, która dosłownie to opanowała.
- Cieszę się – uśmiechnął się dorosły, przytuliwszy mocno brata.
- Tak w ogóle, to co ty tu jeszcze robisz? Nie byłeś umówiony z Car? – zapytał, zerkając na zegarek. Dochodziła wówczas godzina dziewiętnasta.
- Odwołałem spotkanie – odparł krótko Riker.
- Dlaczego? – zdziwił się Ross.
- Nie mógłbym się dobrze bawić, wiedząc, że mój młodszy braciszek w tym samym czasie cierpi – uśmiechnął się, jeszcze mocniej obejmując siedemnastolatka.
- Nie chcę, żebyś przeze mnie tracił spotkanie. Lubisz ją. Może chociaż ty będziesz miał szczęście - odezwał się Ross.
- To nieważne. Na świecie jest wiele dziewczyn, rodzinę ma się jedną - uspakajał z uśmiechem dorosły.
- Jesteś pewien? Naprawdę możesz iść, ja sobie poradzę - zapewniał młodszy.
- Ross, jestem pewien. Rodzina jest zawsze na pierwszym miejscu… Później gitara, a następnie dziewczyna – zaśmiał się, mrugnąwszy do brata.
- Dzięki, zapamiętam - zachichotał. - Zresztą ja chyba odpuszczę sobie dziewczyny - uznał niezbyt poruszony.
- Zostaniesz gejem? - zapytał rozbawiony dwudziestodwulatek, szturchnąwszy brata łokciem. - Uhm, Rooooss? - ponowił pytanie, nie uzyskując przez dłuższy czas odpowiedzi.
- Hm? - potrząsnął gwałtownie głową. - Co? Nie.. Nie, nie.. Nie zostanę gejem - odpowiedział po chwili. Riker rzucił mu badawcze spojrzenie. - Przestań mi się tak przyglądać, peszysz mnie - odparł skrępowany, unikając wzroku brata. - Nie jestem gejem, jasne?
- Spokojniee, przecież ja tylko żartowałem - zaśmiał się dorosły, kręcąc głową. - A bi? - zapytał, ponownie posyłając bratu spojrzenie.
- Riker... - westchnął młodszy. - Ugh, co cię w ogóle wzięło na pytania o moją orientację?! Pytasz jak by to nie było oczywiste! - oburzył się nastolatek, podnosząc z łóżka.
- Jeenyy, przepraszam. Przecież ja tylko się zgrywam - zaczął uspakajać brata. - Wiem, że jesteś 100% hetero, tak? - Ross przekręcił jedynie oczami, a następnie podszedł do lustra.
- Boże, jakie ja mam czerwone oczy - odparł, spoglądając na swoje odbicie.
- Co najmniej jakbyś od dwóch dni był na prochach - zaśmiał się mężczyzna. - A tak serio to idź się przepłucz zimną wodą i chodź na dół. Zaraz pewnie będzie kolacja.
- Spoko, zaraz do was przyjdę - powiedział. Riker powoli zaczął wychodzić z pokoiku. - Tylko ejj.. - zatrzymał brata.
- Hmm?
- Chciałbym, aby to zostało między naszą czwórką.
- Nie ma sprawy - uśmiechnął się Riker. - Pośpiesz się - rzucił na odchodne i zszedł na dół do reszty rodziny.
Piętnaście minut później Ross również do nich dołączył. Początkowo czuł się dość nieswojo, jako że wciąż trapiła go sytuacja z Jennifer, aczkolwiek po pewnym czasie udało mu się zapomnieć o całym zajściu choć na chwilę i normalnie mógł zająć się rodziną. Niestety nie wiedział on, jak zagadać do Rocky'ego. Liczył na to, że tak jak zawsze bywało, po prostu sami z siebie się pogodzą i tyle. Tym razem jednak brunet wcale nie okazywał chęci rozmowy z bratem. Za każdym razem, gdy przyszło im znaleźć się w pobliżu, ten odchodził, zupełnie nie zwracając na młodszego uwagi. Wprawdzie nie było się co dziwić. Wbrew pozorom, dziewiętnastolatka bardzo zabolały słowy blondyna, a jeszcze bardziej jego agresja. Możliwe, że gdyby Riker nie zainterweniował, nie skończyłoby się jedynie na pchnięciu.
Około godziny dwudziestej drugiej, wszyscy powoli zaczęli schodzić się do swoich pokoi. Wtedy Ross, za namową Riker'a, ostatecznie postanowił porozmawiać z bratem.
- Rocky - zaczął, zaciągając beata w ustronne miejsce.
- Co chcesz? - zapytał nieuprzejmie. - Skopać mnie, bo wtedy nie miałeś okazji?
- Uh, nie mów tak.. Chciałem przeprosić.. Zachowałem się jak idiota.
- Owszem, dokładnie tak się zachowałeś - zgodził się Rocky.
- Zabolało mnie, gdy Jen powiedziała, że woli ciebie..
- Posłuchaj mnie, Ross.. Mało mnie interesuje, kogo ona woli. U mnie nie ma szans. Na pewno nie po tym, jak złamała serce ci serce - uśmiechnął się brunet. - Gdyby była chłopakiem, skopałbym ją - zaśmiał się pod nosem.
- Ale nie jestem gejem - powiedział stanowczo Ross.
- Umm.. No spoko.. - odezwał się zdziwiony. - Przecież nic takiego nie powiedziałem.. Nawet nie zasugerowałem.
- No tak - zaśmiał się blondyn. - To przez Riker'a. Gadał dzisiaj głupoty - wyjaśnił.
- Okeej? - rzucił zmieszany dziewiętnastolatek.
- Hug na zgodę? - zaproponował z uśmiechem Ross, rozłożywszy przed bratem ręce. Ten wzruszył lekko ramionami, po czym odwzajemnił uścisk.
_______________________________________

Hej! ;**
Dziś nie mogę się zbytnio rozpisywać, gdyż nie mam czasu, więc mam nadzieję, że rozdział Wam się podoba. ;*
~DarkAngel ♡

niedziela, 15 marca 2015

3. "Sometimes things get complicated."

20 KOMENTARZY - NOWY ROZDZIAŁ
(nie biorę pod uwagę komentarzy typu "spoko, kiedy next?")
______________________________
- Przyjemnie tak sobie razem pochodzić, nie ? - uśmiechnął się Ross, pochodząc bliżej koleżanki.
- Masz rację - przytaknęła dziewczyna. - Powinniście częściej przyjeżdżać, a nie tylko na święta.
- Łatwo powiedzieć. Czas na to nie pozwala - powiedział. - Aż tak bardzo się za mną stęskniłaś? - spytał z uśmieszkiem, wychodząc naprzeciw brunetki.
- Nie tylko za tobą, samolubie - sprostowała z uśmiechem. - Za pozostałymi też.
- Niech ci będzie - zaśmiał się, ponownie stając obok przyjaciółki. - Zresztą ty też mogłabyś czasem przyjechać do nas.
- Tobie to łatwiej, masz tutaj rodzinę. Ja w LA nie mam nikogo.
- Masz nas - uśmiechnął się blondyn. - Wystarczy jeden telefon, że chcesz przyjechać i miejsce dla ciebie od razu się znajdzie. Plus dodatkową atrakcją jest odbiór z lotniska przez przystojnego blondyna - zachęcająco uniósł dwukrotnie brwi.
- Zapamiętam - zaśmiała się Jen. - Strasznie tęskniłam za wami, muszę jeszcze jak najszybciej przywitać się z resztą. Staliście się sławni i teraz brak wam czasu dla starych przyjaciół, hm? - zażartowała szesnastolatka.
- Skądże znowu. To prawda, że czas trochę goni, ale dla ciebie zawsze go znajdę - powiedział z przekonaniem, wywołując delikatny uśmiech u Jennifer.
Zdążyli przejść kilka kroków dalej, gdy Ross bez słowa delikatnie chwycił dłoń partnerki. Zrobił to nieśmiale, a serce waliło mu niemiłosiernie mocno, aczkolwiek stwierdził, że w końcu trzeba zrobić ten pierwszy krok.
- Um Ross, co ty robisz? - zapytała speszona dziewczyna, zatrzymując się, po czym powolnie zabrała rękę.
- Ee.. Ja.. Pomyślałem, że może.. - zaczął skrępowany. Nie spodziewał się takiej reakcji ze strony przyjaciółki. W głowie zaplanowane miał, że, tak jak to zawsze w filmach, Jen tylko się uśmiechnie, a na koniec randki się pocałują i wszystko będzie pięknie. Na jego nieszczęście nieco się przeliczył. Na poczekaniu starał się wymyślić wytłumaczenie. - No bo ta randka tak fajnie..
- Randka? Jaka znowu randka? - wtrąciła zaskoczona. - Zaprosiłeś mnie na spacer, zgodziłam się, zawsze tak robimy. Nikt tutaj nie mówił nic o żadnej randce.
- No dobra, więc spacer.. - poprawił się coraz bardziej spięty blondyn.
- Co się z tobą dzieje, Ross?
- Bo ja cię lubię.. Tak bardziej lubię - odparł, bawiąc się dłońmi. - Przyjaźnimy się już tyle lat, a ja pomyślałem, że może.. chciałbym z tobą spróbować czegoś nowego - wydukał z coraz cięższym oddechem.
- Wow, Ross.. Nie wiem co powiedzieć.. Jestem w szoku - odparła zaskoczona brunetka. - To miłe, ale jesteś moim przyjacielem i tak cię traktuję, nie czuję tego samego, przykro mi - wyjaśniła na spokojnie.
- Jen, proszę cię.. Daj mi chociaż szansę. Rozumiem, że dla ciebie to może się wydawać trudne, ale może jeśli spróbujemy to.. umm.. to coś się w tobie obudzi - nalegał z nadzieją siedemnastolatek.
- Nie, wybacz, ale to jest absolutnie wykluczone.
- Ale Jen, błagam..
- Nie! - przerwała chłopakowi. - Powiedziałam, że nie, więc skończ. Jesteś moim przyjacielem. TYLKO przyjacielem, jasne? Nigdy nie będziemy razem - wygarnęła stanowczo, stawiając kolegę w coraz większym osłupienie. - Poza tym.. od dawna podoba mi się Rocky, więc tym bardziej powinieneś sobie odpuścić - dodała. Odwróciła się na pięcie i zmierzyła w stronę powrotną, zostawiając Ross'a samego.
Chłopiec nie wiedział jak się zachować. Było to dla niego zdecydowanie najgorsze przeżycie, jakiego doświadczył. Po raz pierwszy był w kimś aż tak zakochany, żeby być gotowym wyznać tej osobie swoje uczucia, zatem odmowa była niczym cios w serce. Przez krótki moment blondyn stał w miejscu i obserwował odchodzącą coraz dalej Jennifer. Niebawem odwrócił się i ruszył w przeciwnym kierunku. Sam nie do końca wiedział, gdzie zamierza dojść, po prostu szedł. Czuł się tak okropnie upokorzony. Miał wrażenie, że lada moment nie wytrzyma i po prostu zacznie płakać. A co go zabolało najbardziej? Rocky. Jakby nie patrzeć, to on jest po części powodem, dla którego brunetka odrzuciła zaloty blondyna. Bynajmniej w takim przekonaniu trwał Ross. Przez pewien czas nawet zaczął się zastanawiać, czy może jego starszy brat sam nie okazywał wobec ich sąsiadki jakichś zainteresowań. Ostatecznie stwierdził, że w takim wypadku chłopak nie namawiałby go, by umówił się z szesnastolatką. Niemniej jednak był wściekły. I na Rocky'ego i na Rikera za to, że obydwoje tak go naciskali. Gdyby nie ich namowy, teraz zapewne siedziałby w przytulnym, ciepłym domu i  zajadał pysznymi ciasteczkami babci.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
*Tymczasem w mieszkaniu*
Cała rodzina siedziała w salonie, nieustannie ze sobą dyskutując. I choć harmider, panujący wcześniej w domu, nieco się uspokoił, i tak ciężko było odnaleźć się wśród licznego towarzystwa. Stormie wraz z rodzicielką szykowały kolację, Rocky "uczył" małego Moose'a gry na gitarze, natomiast pozostali zajmowali się głównie rozmową między sobą.
- Czy Ross już wrócił? - spytała synów Stormie, chcąc podawać kolację.
- Nie - odpowiedział krótko Ryland.
- Pójdę po niego! - oznajmił po chwili Rocky.
Był strasznie ciekaw, jak przebiega randka młodszego, zatem nie zwlekając wstał z kanapy, a następnie odłożył na bok gitarę i ruszył na przedpokój. - Riker chodź, idziemy.
- Co? Nie. Dokąd? - zapytał wyciągnięty z kontekstu Riker.
- Zobaczyć co u Rossa i sąsiadeczki. Długo ich nie ma - uśmiechnął się, zawiązując sznurówki.
- Chcę iść z wami - ucieszyła się Rydel, sięgając po kurtkę.
- Nie - odparł krótko Rocky.
- Ale..
- Nie - powtórzył, przerywając siostrze. - To męskie sprawy - powiedział wprost i wraz z Rikerem opuścili mieszkanie.
- Pff! - parsknęła niezadowolona dziewczyna i zrezygnowana wróciła do rodziny.
Tymczasem chłopcy rozpoczęli "poszukiwania" Rossa i Jennifer. Byli trochę zdziwieni, że nie widać ich nigdzie w pobliżu, jako że zwykle daleko nie odchodzili. Uznali jednak, że warto będzie sprawdzić w pobliżu lasu. Tam, nieopodal niego, znajdowała się polanka i jezioro. Co prawda teraz to była jedna, wielka, biała plama, ale mimo wszystko okolica jest ciekawa. Niestety nie zastali tam pary, a jedynie grupkę dzieci, bawiącą się na zamarzniętej tafli. Bracia nie widząc sensu w dalszym poszukiwaniu siedemnastolatka, zdecydowali wrócić do domu. Miasto jest dosć duże, a miejsc, w których mogliby się znajdować nastolatkowie jest od groma, więc uganianie się za nimi, byłoby niczym szukanie igły w stogu siana.
- Ej! - Riker delikatnie szturchnął brata łokciem, a następnie kiwnął głową, wskazując mu stronę.
- Ohoo, coś chyba nie wyszło - zmartwił się Rocky. Obydwoje od razu podbiegli do siedzącego samotnie na ławce blondaska.
- Hej, szukaliśmy cię - oznajmił brunet.
- Znaleźliście. Chcecie nagrodę? - rzucił z pogardą.
- Obejdzie się bez. I w ogóle, zejdź z tej ławki, bo sobie tyłek odmrozisz - powiedział blondyn.
- Trudno - rzekł wciąż bez emocji Ross.
- Umm.. Tooo.. Jak było? - zapytał wreszcie Rocky. Spodziewał się, że nie wyszło tak, jak wcześniej wszyscy oczekiwali.
- Wiesz.. Mógłbym powiedzieć, że świetnie - uśmiechnął się, podnosząc z ławki i wytrzepując spodnie ze śniegu. Bracia na raz się ucieszyli. - Ale gdybym był Rocky'm! - dodał naburmuszony. Odepchnął delikatnie bruneta i szybkim krokiem ruszył na przód.
- Co? Czyli, że.. Nie wyszło? - spytał dla pewności Riker, doganiając brata.
- Gratuluję spostrzegawczości! - wykrzyczał ironicznie Ross, klaszcząc w dłonie.
- Ale co się stało? Dlaczego? - zapytał zaskoczony Rocky.
- Wy i wasze durne mądrości się staliście! Wszystko było pięknie, dopóki wyście się nie zaczęli wtrącać! - krzyknął zdenerwowany. - Nagadaliście mi jakichś bzdur, a ja głupi was posłuchałem! I teraz już po wszystkim! Już na pewno nie będziemy mogli się normalnie przyjaźnić!
- Co się dokładnie wydarzyło? - zapytał najstarszy.
- Zrobiłem tak jak mi radziliście. Powiedziałem jej co czuję, powiedziałem wszystko od serca, a teraz ona nie chce mnie znać! Jak mogłem być taki naiwny i was posłuchać! Ugh, dajcie mi święty spokój! A zwłaszcza ty! - krzyknął w stronę bruneta, powstrzymując łzy, a następnie obrał drogę powrotną do domu.
- Czemu akurat ja? - zdumiał się Rocky. Widząc, że brat nie zamierza mu odpowiedzieć, wybiegł naprzeciw niego, nie pozwalając mu przejść dalej. - Czemu akurat ja? - zawtórował.
- Pieprz się! - burknął agresywnie Ross, odpychając starszego, który z ledwością uniknął upadku.
- Ross uspokój się! - krzyknął stanowczo Riker, widząc zaistniałą sytuację. - On nie jest niczemu winien, tak samo jak ja. Może trochę za bardzo cię nakręcaliśmy, ale swój rozum masz. Przykro nam, że nie wysz...
- On nie jest niczemu winien? - wtrącił z pogardą siedemnastolatek. - On jest WSZYSTKIEMU winien! Gdyby nie istniał, nie miałbym teraz żadnego problemu, ale jednak istnieje i przez niego moje życie legło w gruzach!
- Co ty do cholery wygadujesz?! - wykrzyczał coraz bardziej zdenerwowany Riker. Początkowo starał się być spokojnym, jednak zachowanie młodszego coraz bardziej go irytowało. - Czemu ciągle obwiniasz..
- Bo ona kocha jego!!! - warknął donośnie blondyn, pozwalając emocjom doszczętnie przejąć nad nim kontrole. - Dajcie mi wszyscy święty spokój! Nienawidzę cię! Nie chcę cię znać! Zniknij z mojego życia raz na zawsze! - przez łzy wykrzyczał do Rocky'ego i czym prędzej pobiegł do domu, zostawiając zszokowanych braci za sobą.
_______________________________
Hej! ;**
Wybaczcie, że tak późno, ale nie bardzo miałam wcześniej czas. ;P W związku z tym, że jest już prawie północ, a jutro na rano do szkoły, nie będę się rozpisywała, choć miałam Wam powiedzieć trochę na temat starego opowiadania, gdyż sporo osób o nie pytało, ale najwyżej dodam w tygodniu notkę informacyjną. :)
Mam nadzieję, że rozdział Wam się podobał.

~DarkAngel <33

sobota, 7 marca 2015

2. "Happy Family cz. 2"

20 KOMENTARZY = NOWY ROZDZIAŁ 
(nie biorę pod uwagę komentarzy typu "spoko")

_________________________________________
Nie kontynuując już dalszej dyskusji na temat przeżyć Rocky'ego, wszyscy wsiedli do auta, którym kierował Riker, i udali się do domu Lynch'ów. Towarzyszył im również Ellington, jako że miał on tego dnia zjeść z nimi wspólny obiad.
Około dwudziestu minut później młodzież zajechała na miejsce. Wyciągnęli z bagażnika wszelkie torby z zakupami i zanieśli je do kuchni.
- Hej, mamo! Co dziś na obiad? - spytał Rocky, zaglądając do garnków.
- Kurczak jest w piekarniku - odpowiedziała mu Stormie. - Idź i umyj ręce.
- Pojechaliście na zakupy beze mnie! - oburzył się Ryland, zauważywszy, iż jego rodzeństwo właśnie wróciło. •••Ryland jest moim najmłodszym i ostatnim bratem, ma 16 lat. Od dzieciństwa zawsze trzymaliśmy się razem i od najmłodszych lat dzieliliśmy wspólnie pokój. RyRy, bo tak go często nazywamy, nie należał do zespołu. Raczej nigdy nie parał się muzyką i zdecydowanie wolał sport. Dopiero ostatnimi czasy w pewnym sensie dołączył do nas jako DJ i muszę przyznać, że świetnie z tym sobie radził.•••
- Trzeba było wcześniej wstać - odparł najstarszy z rodzeństwa.
- Tyle, że nikt mnie nie powiadomił, że wybieramy się na zakupy - wciąż marudził szesnastolatek.
- Nie masz czego żałować - wtrącił Ross. - Rydel ciągle gadała i latała od jednego sklepu do drugiego, a Rocky z Ell'em.. - urwał spoglądając sugestywnie na chłopaków - ..mieli nietypowe spotkanie z krasnalem.
- To był elf - poprawił go Rocky.
- Tak jak mówiłem, nie masz czego żałować - uśmiechnął się Ross, siadając na kanapie przed telewizorem.
- No może z wyjątkiem widoku Ratliffa, zwijającego się z bólu na ziemi po tym, jak uderzył go uwaga, uwaga.. kilkuletni chłopiec - powiedział dokuczliwie Riker, dosiadając się do brata, na co najmłodszy zaśmiał się pod nosem.
- Ejj! Moje przyrodzenie na tym ucierpiało - odparł ze smutkiem Ellington, zasłaniając poszkodowane miejsce.
- Gdybym ja to widział, rozprawiłbym się z tym dzieckiem - powiedział dzielnie Ross.
- Mój wybawco - zaśmiał się Ell, a następnie usiadł obok blondyna, obejmując go jedną ręką. - Ale przynajmniej już prawie nie boli - dodał, wychylając się do najstarszego.
- Prawie.. - powtórzył z rozbawieniem Riker.
- Pomasować? - zaproponował żartobliwie Ross, unosząc kusząco brwi.
- Za dużo świadków - wyszeptał brunet do kumpla. - Innym razem.
- Ta rozmowa zaczyna mnie peszyć - wtrącił dwudziestoparolatek. - Dziwnie słyszeć swojego kumpla i brata, rozmawiających o.. takich rzeczach.
- Durniu, przecież ja się tylko zgrywam. Nie wiem jak Ross - odparł wciąż rozbawiony Ell.
- Ja mówię serio - powiedział, robiąc do brata głupią minę. 
- Nie zadawałem pytania - odparł speszony dorosły.
- Ojeny.. Wiesz o co mi chodziło.
- Dzieci, obiad! - krzyknęła z kuchni Stormie, wyciągając z piekarnika gotowego już kurczaka. 
Młodzież oraz kobieta zasiedli wspólnie do posiłku. Każdy z zachwytem spożywał przygotowane danie, gdyż nie można zaprzeczyć, iż Stormie była doprawdy dobrą kucharką. Po skończonym posiłku Rocky wraz z Rossem posprzątali naczynia, jako że  domu Lynch'ów panował podział obowiązków. Każdy miał coś do roboty, aby nie obarczać wszystkim jednej osoby. Czasem zdarzały się kłótnie o to, że któreś  rzekomo ma więcej pracy od innych, aczkolwiek zawsze udawało się takowe problemy rozwiązać bez gorszych powikłań.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
*23 grudnia, ranek*
Nadszedł dzień wyjazdu. Rodzina Lynch'ów od samego rana szykowała się do podróży. W Colorado mieli spędzić około dwóch tygodni, co szczególnie zadowalała młodzież. Uwielbiali spędzać tam święta. Nie tylko dlatego, że mogli być z całą rodziną w komplecie, ale również dlatego, iż mogli tam nacieszyć się prawdziwą zimą, której w Los Angeles niestety brakuje. Każdy z nich uwielbiał uprawiać zimowe sporty, począwszy od snowboardu, skończywszy na hokeju na lodzie. Co więcej, mogli tam oderwać się od codzienności i od pracy, której ostatnimi czasy mieli od groma. Niedawno wrócili ze swojej mini trasy po USA, więc taki odpoczynek jest dla nich, krótko mówiąc, rajem.
Do Colorado dotarli parę minut po godzinie dwunastej. Na lotnisku tradycyjnie czekali na nich Lucy, czyli ciocia młodzieży oraz Neil, czyli ich wujek. Gdy tylko dojechali pod domek, każdy od razu rzucił się na gości z uściskami. Rydel oczywiście na samym początku wyściskała swoich trzech małych ulubieńców. 
Najmłodszy z nich – Moose, miał trzy lata, następny w kolejce był pięcioletni Bauer, a najstarszy Gator – 6 lat. Blondynka miała w sobie coś, co zawsze przyciągało do niej dzieci. Nie przeszkadzało jej to jednak, gdyż doprawdy uwielbiała ich towarzystwo. 
- No i dojechaliśmy - powiedział Ross bez szczególnego wyrazu twarzy, który mógłby ukazać jego uczucia.
- A ty wciąż jesteś w jednym kawałku - uśmiechnęła się żartobliwie siostra.
- Jeszcze - rzucił niezadowolony blondyn.
- Uśmiechnij się - zaśmiała się Rydel, rzucając w chłopaka śnieżkę. Ten groźnym wzrokiem spojrzał na dwudziestolatkę.
- O niee.. Właśnie rozpoczęłaś wojnę - odparł starając się zachować powagę. Nie udało mu się to i niemalże momentalnie zaczął się śmiać, udając się w pogoń za siostrą. Niebawem pomyślnie dogonił blondynkę, a następnie wziął ją na ręce i ruszył dróżką, prowadzącą za domek. 
- Co ty planujesz zrobić? - spytała roześmiana dziewczyna, próbując wywinąć się z rąk brata.
- To co zawsze - odparł zwycięsko chłopiec.
- O niee.. Znowu? Co roku mi to robisz - marudziła.
- Trzeba podtrzymywać tradycję - zaśmiał się siedemnastolatek, zmierzając w stronę ogromnej zaspy śnieżnej.
- Co ty robisz mojej siostrze?! - krzyknął Riker, rzucając w Rossa śnieżką, ruszając z odsieczą. Ten od razu odstawił dziewczynę, po czym oddał bratu cios. Po chwili dwoje starszego rodzeństwa zaczęło okładać siedemnastolatka śniegiem.
- To nie fair! Ja jestem sam - zaśmiał się Ross, zdając sobie sprawę, że znajduje się na przegranej pozycji. - Rocky!! - krzyknął do przechodzącego nieopodal bruneta. Chłopak zauważywszy odbywającą się "wojnę", bez zastanowienia ruszył na pomoc młodszemu. 
- Urządzacie wojnę na śnieżki beze mnie?! Wy ostatnio wszystko robicie beze mnie! - oburzył się Ryland, zauważywszy rodzeństwo. Nie musiał długo czekać na ich reakcję. Starsi wymienili się spojrzeniami, wstrzymując bitwę, by w następnej kolejności zgodnie rzucić się na szesnastolatka. - Tak nie można! Nie o to mi chodziło! - krzyknął, starając się uciec z pola ataku. Na jego szczęście w tym momencie Stormie zwołała młodzież na obiad. Podróż z Los Angeles trwała kilka godzin, zatem ciepły posiłek był wówczas jak najbardziej wskazany. Nic więc dziwnego, że chwilę później cała rodzina siedziała przy stole, z apetytem kosztując wszelkich potraw, których, w związku z licznością osób, było kilka do wyboru.
Po skończonym obiedzie towarzystwo rozdzieliło się w swoje strony. Rydel oraz Ryland postanowili pobawić się z najmłodszymi członkami familii, natomiast Ross, Riker i Rocky wybrali się na ławkę, umieszczoną w pobliżu domu, aby obgadać plan działania.
- Więc jaki jest plan? - zaczął dyskusję Rocky.
- Jaki znowu plan? - zdziwił się Ross.
- Mówię o waszych lubych - zaśmiał się brunet. - Przywitaliście się już z sąsiadeczkami.
- Nie, jeszcze nie. Umówiłem się z Car na osiemnastą - uśmiechnął się dumnie Riker. 
- No proszę, proszę - Rocky przybił starszemu piątkę. - A co tam u Jen? - zaśmiał się, sugestywnie szturchając brata łokciem. Siedemnastolatek uśmiechnął się poprzez delikatne rumieńce.
- A co ma być? Nie wiem - odparł.
- Po raz pierwszy, i zapewne ostatni, powiem ci, abyś wziął przykład z Rikera - rzekł Rocky.
- To nie takie łatwe.. Nie wiem co mam powiedzieć, jak się zachować.. Zawsze traktowałem ją jak przyjaciółkę - mówił Ross.
- Musisz być bezpośredni, stary - poradził Riker. - Nie staraj się na siłę zrobić wrażenia, najbardziej zabłyśniesz, jeśli będziesz sobą.
- Łatwo ci mówić, bo Caroline wyraźnie cię lubi - rzucił najmłodszy.
- Jen również cię lubi.
- Ale nie jestem pewien, czy w ten sposób. Tylko spójrz w jaki sposób Car zawsze patrzy na Rikera. Między nimi wyraźnie coś jest. A ja i Jen.. - zawahał się blondyn.
- Ona cię uwielbia - powiedział z przekonaniem dziewiętnastolatek. - I tylko czeka na twój ruch. Zaufaj mi, ja to widzę.
- Serio tak twierdzisz? - ucieszył się Ross. Brunet pewnie pokiwał głową.
- Słuchaj - zaczął Riker, stając naprzeciw brata. - Jesteś Ross Shor Lynch, bożyszcze nastolatek, dziesiątki tysięcy dziewczyn piszczy i mdleje na twój widok, a ty boisz się zagadać do tej jednej? Którą w dodatku bardzo dobrze znasz od wielu lat? - przemówił, potrząsając ramionami chłopaka.
- Właśnie! - przytaknął Rocky. - Kim jesteś?! 
- Jestem Ross - powiedział z uśmiechem nastolatek.
- Nie słyszę cię! - rzucił brunet, wystawiając ucho.
- Jestem Ross! – zawtórował, tym razem bardziej doniośle. 
- Ross kto?! 
- Ross Lynch! - wykrzyczał dumnie blondyn.
- I co teraz zrobisz?! - zapytał z uniesionym tonem Riker.
- Umówię się z Jennifer! - odkrzyknął coraz bardziej podekscytowany.
- Na co?! 
- Na randkę! - krzyknął siedemnastolatek.
- Taaaaak!!! - rzuciło jednocześnie dwóch starszych braci, przybijając młodszemu piątkę.
- Taaak! - powtórzył Ross. Następnie nie zwlekając ani chwili dłużej zaczął biec w stronę mieszkania Jennifer, pozostawiając rodzeństwo bez żadnego więcej słowa.
- Nie uważasz, że trochę za bardzo się nakręcił? Co jeśli mu teraz odmówi? - zmartwił się Riker. 
- Umm.. Grunt to wsparcie rodziny - uśmiechnął się sztucznie Rocky, pokazując "okejkę".
- Będziemy trzymać kciuki..

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Wciąż podekscytowany Ross dotarł wkrótce pod mieszkanie Jennifer, jednak wraz z momentem napotkania drzwi wejściowych, jego odwaga i pewność siebie znacznie zmalały. Z jednej strony, bracia mieli rację, dziewczyna na pewno go lubi i nie ma co do tego najmniejszej wątpliwości. W końcu przyjaźnią się od wielu lat, a nastolatka sama nie raz do niego dzwoni ot tak sobie, aby porozmawiać. W jakim celu miałaby dzwonić do kogoś, kogo nie lubi i kto jest jej obojętny? Z drugiej strony, siedemnastolatek obawiał się najbardziej tego, że przyjaciółka może po prostu nie odwzajemniać jego uczuć. Co z tego, że są przyjaciółmi, skoro dla niej może ty być przyjaźń i NIC więcej?
Ross mógłby zapewne sterczeć pod wejściem i snuć rozmyślenia przez kolejne minuty, a nawet i godziny, jednak przerwało mu w tym otwarcie się drzwi. Stała w nich Jen, która w momencie zobaczenia chłopaka, od razu rzuciła mu się na szyję, wyściskując mocno. 
- Ross! Skąd ty tutaj? – zapytała zadowolona. – I czemu sterczysz pod moimi drzwiami? – dodała lekko zdziwiona.
- A tak jakoś się zamyśliłem – uśmiechnął się nieśmiale blondyn. – Przyszedłem się przywitać. Przyjechaliśmy na święta do rodziny. 
- To świetnie!
- Gdzie się wybierasz? 
- W sumie to nigdzie, muszę iść do garażu po słoiki – odpowiedziała dziewczyna, kierując się w podane miejsce. Tuż za nią ruszył chłopak.
- A co robisz później? – zapytał.
- Na razie, to raczej się nudzę – zaśmiała się Jen. – Wieczorem będę pomagała mamie. Rozumiesz, gotowanie i te sprawy – powiedziała, próbując sięgnąć słoik z ogórkami z górnej półki.
- Umm.. A może.. Co powiesz na spacer? – zaproponował Ross, pomagając przyjaciółce zdjąć obiekt z szafki.
- Dzięki – uśmiechnęła się, odbierając od towarzysza przedmiot. – I jasne, czemu nie. Pójdę tylko zanieść to do domu i już do ciebie wracam – dodała. Następnie pobiegła do mieszkania i chwilę później z powrotem wróciła do kolegi.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tymczasem w mieszkaniu Lynch’ów odbywał się prawdziwy harmider. Zdarza się to niemalże zawsze, gdy cała rodzina zjeżdża się na święta w tym samym dniu. Po całym domu wala się masa walizek, toreb, do tego wszystkie dochodzą krzyki dzieci i wszelkie rozmowy krewnych, którzy nie widzieli się już przez pewien okres czasu. Dopiero następnego dnia z reguły jest już spokojniej.  Wiadomo, pierw trzeba się z każdym przywitać, porozmawiać chwilę. Obecnie w domostwie przebywało 14 osób. Byli to dziadkowie 4/5 części R5 oraz Rylanda, ich rodzice – Mark i Stormie, ciocia wraz z wujkiem oraz ich dzieci: Bauer, Moose i Gator oraz Rydel, Riker, Rocky, Ryland i Ross, który obecnie przebywał poza domem. 
- Chłopcy, widzieliście gdzieś Rossa? Gator ciągle go szuka, bo mieli razem w coś zagrać – odezwała się Stormie do siedzących na schodach Rikera i Rocky’ego. 
- Owszem – uśmiechnął się Rocky, podnosząc się z miejsca. – Jest na randce – dodał dumnie.
- Z kim?! – krzyknęła niespodziewanie Rydel, której udało się przypadkowo podsłuchać rozmowę.
- Z Jennifer – odpowiedział Riker.
- I ja o tym nie wiem?! A to mały, wstrętny skrzat! – zdenerwowała się blondynka. – Już ja mu dam. Pff idzie na randkę i nawet słowem się nie odezwał! – tupnęła nogą. 
- Spokojnie, bo ci zmarszczki wyjdą – dokuczył rozbawiony Rocky. – Jak wróci to wszystko nam opowie.
- No ja myślę! 
- Nie sądziłam, że on i Jennifer razem.. –zaczęła dorosła, jednak przerwał jej Riker.
- Jeszcze nie, mamo.. Ale to tylko kwestia czasu – uśmiechnął się. 
- I tak oto nasz mały braciszek dorasta – powiedział brunet. – Już teraz tylko RyRy został na tym.. dziecięcym etapie. 
- Powiedziało dwóch ‘’dorosłych’’ facetów, którzy mają pościel z postaciami ze Star Wars – dogryzła braciom dziewczyna, a następnie udała się do pozostałej części rodziny.
- Star Wars to klasyka! – krzyknął za nią Rocky. – Ugh, baby – podsumował.
_______________________________________
Heeeej! ;*
No więc witam Was ponownie tygodniach nieobecności. Pewnie sobie myślicie.. "Taa.. miał być kryminał, a wychodzi.. komedia". Od razu zaznaczam, że to jest na pewno KRYMINAŁ. ;) Po prostu od czegoś trzeba zacząć, trzeba wszystko jakoś rozkręcić i chcę Wam również pokazać całą sytuację, od czego wszystko się rozpoczęło. Mam nadzieję, że Wam się podoba, staram się jak mogę specjalnie dla Was, więc liczę również na komentarze z opiniami.
Po prawej stronie bloga znajduje się ankieta, w której mam nadzieję, za zagłosujecie. ;)
~ DarkAngel <33

sobota, 28 lutego 2015

1. "Happy Family cz.1"

Hej! ;*
Na samym początku chcę wyjaśnić, dlaczego prolog był pisany w 1 osobie, a rozdział w 3. Otóż chcę zrobić to w ten sposób, że część dramatyczna pisana jest głównie z punktu widzenia Ross'a, natomiast część bardziej szczęśliwa z punktu widzenia narratora. Rozdział ten jest zupełnym przeciwieństwem prologu, ale to ze względu na to, iż przenieśliśmy się jakiś czas wstecz, aby zobrazować Wam i przedstawić jak zmieniały się relacje wśród Lynch'ów i Ratliff'a wraz z biegiem czasu. :) W rozdziale znajdują się również wstawki ujęte w znaczki "••• ... •••", które są opowiadane przez Ross'a. 
Miłego czytania. <3
_____________________________________
*20 grudnia*
- Ahhh jak ja uwielbiam święta! - wykrzyczała uradowana Rydel, stojąc naprzeciw ogromnej choinki, znajdującej się w samym centrum galerii. •••Rydel to moja starsza i zarazem jedyna siostra. Ma dwadzieścia lat i bez zastanowienia mogę powiedzieć, że jest to jedna z najmilszych osób jakie znam. Jesteśmy ze sobą bardzo zżyci i nigdy nie potrafiłem wyobrazić sobie, aby jej ze mną nie było (tak samo zresztą z pozostałymi). Delly gra - choć raczej powinienem powiedzieć, że grała - w naszym rodzinnym zespole na keyboardzie. Dlaczego w czasie przeszłym? Z tego samego powodu, z którego postanowiłem rozstać się z rodziną.••• - Te wspaniałe ozdoby, cudowne zapachy, choinki, prezenty i ta rodzinna atmosfera. Oh! I jemioły. Jak ja uwielbiam jemioły - mówiła podekscytowana, podbiegając do zielonej gałązki.
- Odezwała się ta, która nie ma chłopaka - Ross z delikatnym uśmiechem dokuczył siostrze. Od kiedy tylko pamięta, lubili sobie dogryzać, na tym chyba po części polega bycie rodzeństwem. Dziewczyna podbiegła do chłopaka i w ramach rewanżu naciągnęła mu na głowę kaptur. Obydwoje zaśmiali się delikatnie.
- O, o, o!!! Ratliff, tam jest święty Mikołaj! - zadowolony Rocky wskazał na siedzącego nieopodal mężczyznę przebranego za świętego. Ciągnęła się do niego całkiem długa kolejka dzieci, aczkolwiek dwójka chłopców bez zastanowienia się w nią wcisnęła. •••Rocky jest moim starszym o rok bratem. Uwielbia wygłupy, na które, nawiasem mówiąc, zawsze ma ochotę. Wiem, że w jego towarzystwie nie da się nudzić. W zespole grał na gitarze. Prawdę mówiąc jest on muzycznym geniuszem, dosłownie. Poza tym uwielbia jeść, mógłby to robić bez przerwy, jednak i tak nigdy nie tyje. Ciekawe.. Jak sam zresztą twierdzi, jest tym najseksowniejszym z naszej "paczki".•••
- Co się tak gapisz, krasnalu? - rzucił Ellington do stojącego w kolejce za nim chłopca. •••Ellington ma dwadzieścia lat. Niby nie jest on z nami spokrewniony, ale każdy Lynch traktuje go jak członka rodziny. Dla mnie to kolejny brat. Ratliff (bo tak go każdy nazywa) jest.. dziwny. Często zdarza się, że nikt nie potrafi pojąć o co mu chodzi. Mimo to jest on jednym z najbardziej spoko gości na świecie. Można z nim porozmawiać na każdy temat, a do wygłupów jest zawsze pierwszy w kolejce. Nic więc dziwnego, że wraz z Rocky'm tworzą papużki nierozłączki. W zespole grał na bębnach.••• - Jeśli liczysz na to, że cię przepuszczę, to jesteś w błę.. Ouughh! - jęknął, upadając na ziemie po ciosie wymierzonym prosto w jego czułe miejsce.
- Ej chłopczyku! Nie ładnie bić innych w to miejsce. Powiem Mikołajowi, że byłeś niegrzeczny. A teraz w tej chwili prze.. – urwał dziewiętnastolatek i schował się za kumplem, widząc, iż dziecko przymierza się do kolejnego uderzenia. - W tej chwili p.. przybij piątkę - zaśmiał się, wyciągając dłoń do chłopczyka. - Świetny cios, ale zobacz, on już się podniósł. Następnym razem celuj bardziej w środek.
- Co ty robisz? Doradzasz wrogowi? - oburzył się Ell.
- To tylko dziecko - zaśmiał się młodszy.
- Dziecko? - parsknął drugi. - Przez moment miałem wrażenie, że już nigdy nie będę w stanie użyć mojej męskości.
- Będziecie tutaj stali i zajmowali miejsce DZIECIOM czy może idziecie z nami kontynuować zakupy? - zapytał Riker, podchodząc do dwójki brunetów. •••Riker jest moim najstarszym bratem, ma dwadzieścia dwa lata. To mój autorytet, choć nigdy nie chciałem tego okazywać. Jako dzieci dość często się kłóciliśmy, jednak nigdy nie potrafiliśmy długo się na siebie gniewać. Coś nam na to nie pozwalało. Poza byciem bratem, był moim najlepszym przyjacielem. Mogłem powiedzieć mu dosłownie o wszystkim. To on jako pierwszy dowiedział się o moich problemach. Poświęcił mi tak wiele, a ja? Ja nigdy nie będę potrafił mu tego zrekompensować. Grał na basie, uwielbia to. Mam nadzieję, że mimo całego zamieszania wciąż będzie to robił.•••
- A gdzie masz napisane, że to dla dzieci huh? - rzucił Rocky.
- To chyba logiczne. Poza tym spójrz na siebie. Jesteś wyższy od Mikołaja - przewrócił oczami najstarszy.
- Dyskryminujesz go, bo jest wysoki? - wtrącił Ratliff w obronie kolegi.
- Ehh.. Bawcie się dobrze, my idziemy zrobić zakupy - powiedział zrezygnowany, odchodząc od kumpli.
Rodzeństwo kontynuowało zakupy początkowo w ciszy. Dopiero po jakimś czasie rozpoczęły się dyskusje, głównie na temat nadchodzących świąt.
- Mówiłam wam już, że kocham święta? - spytała podekscytowana i pełna energii Rydel, wychodząc z kolejnego sklepu z nowymi torbami, wypchanymi zakupami aż po same brzegi.
- Tsaa.. Tylko kilka razy - odparł znudzony siedemnastolatek, siedząc na ławce z głową opartą o ścianę.
- Kilka.. SETEK.. razy - poprawił starszy, będący równie zmarnowany co jego brat.
- Ohh, no co wy tacy smętni jesteście? Przecież są święta, trzeba się cieszyć - mówiła jak zwykle optymistyczna Rydel.
- Ciągasz nas po tych sklepach od samego rana - jęknął Ross. - Poza tym.. Święta jak święta, co roku takie same.
- Jak możesz tak mówić? - zdziwiła się dziewczyna. - Wszystkie święta są wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju!
- Nooo z pewnością - burknął sarkazmem najmłodszy. - Trzy lata temu w święta skręciłaś kostkę, a Ryland nadgarstek. Dwa lata temu Rocky wpadł do zamarzniętego jeziora, a ubiegłego roku wędkarz złapał Riker'a na haczyk. Ty wiesz co to oznacza? Że już tylko ja zostałem! Także na moje zadowolenie nie licz, bo od jutra do końca świąt nie ruszam się nawet na krok z domu. Jakoś lubię swoje ciało i chcę dotrwać do nowego roku ze wszystkimi kończynami - dodał, na co Riker, stojąc tuż za plecami brata, bacznie przytakiwał na każde jego słowo.
- Chyba nie wierzysz w jakieś brednie? Gdyby Riker trzymał się z dala od terenu połowów, to nie męczyłby się z tym haczykiem. A Rocky jest głupi, przecież oczywistym było, że lód jest zbyt cienki, żeby po nim chodzić - mądrzyła Rydel.
- A co z tobą i RyRy'em?
- RyRy to sierota, a ja.. Ja miałam pecha - powiedziała stanowczo blondynka.
- Ty i ta twoja skromność, siostrzyczko.. - zaśmiał się mężczyzna. - Pamiętaj, że przeznaczenia nie da się oszukać. Filmu nie oglądałaś?
- Pff - parsknęła Delly. - W takim razie siedźcie sobie sami w domu, a ja z rodzicami i chłopcami pojadę do COLORADO. Tak, właśnie. W tym roku tam jedziemy - odparła. Fragment o wyjeździe wyraźnie zainteresował braci, gdyż ich nastawienie do wszystkiego momentalnie się zmieniło. Obydwoje bacznie zaczęli wsłuchiwać się w dalszą wypowiedź siostry. - O ile się nie mylę, mieszka tam pewna dziewczyna imieniem Caroline - uśmiechnęła się zwycięsko, spoglądając na Rikera. - I jej młodsza siostra.. Jennifer - dokończyła, rzucając sugestywne spojrzenie drugiemu blondynowi, na którego twarzy już widniał delikatni uśmiech. Na policzkach obydwojga można było dostrzec również delikatne rumieńce. - Ale cooo taaam, przecież samemu w domu najlepiej, prawda chłopcy? Wiem! A może zostaniemy razem w LA? - ciągnęła dokuczliwie.
- Wiesz co Rydel.. Straszna z ciebie egoistka. Rozumiemy, że ty to byś najchętniej całe święta przesiedziała w domu, ale pomyśl też o innych. Postanowione zostało, że jedziemy do Colorado, a ty chcesz, żebyśmy przez jakieś twoje widzimisię zostali z tobą w domu.. Tak się nie robi - powiedział z poważną miną Riker, kiwając głową. Wiedział jak bardzo przekręcanie faktów denerwuje dziewczynę, zatem postanowił trochę to wykorzystać.
- Co?! Ale przecież.. Ohh ty podły zgredzie! - zezłościła się dwudziestolatka.
- Rydel.. Dość już tej złości. Są święta.. Powinniśmy myśleć też o innych, a nie tylko o sobie - wtrącił Ross, kładąc rękę na ramieniu dziewczyny. Tym samym wyprowadził ją z równowagi. Objawiało się to groźnie wyglądającym wzrokiem, który blondynka zawsze posyłała braciom, gdy ci szargali jej nerwy.
- Umm.. Pora wiać? - spytał Riker, widząc coraz mniej ciekawie wyglądający wzrok siostry.
- Tak, zdecydowanie - odparł Ross, po czym obydwoje z miejsca poczynili się do ucieczki.
- Dobra decyzja - powiedziała do siebie blondynka. Po chwili jednak jej wyraz twarzy zmienił się, widząc dookoła siebie masę toreb z zakupami. Co prawda w większości z nich znajdowały się ciuchy dziewczyny, ale przecież trzeba zrobić z braci jakiś pożytek. - Chłopcy! A co z zakupami.. - westchnęła z lekkim smutkiem.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


- Zaraz moja kolej, zaraz moja koleeeeej - mówił z ekscytacją Rocky, będący już drugim w kolejce do Mikołaja.
- Ej Rocky, nie widziałeś gdzieś Riker'a? - spytał Ross, podchodząc do brata i odciągając go kawałek na bok. - Uciekaliśmy razem przed Rydel i nagle patrzę a go nie ma - wyjaśnił.
- Ee.. mógłbym spytać dlaczego uciekaliście przed Rydel, ale.. jakoś bardziej interesuje mnie rozmowa z Mikołajem - odparł bez przejęcia. - Nie, nie widziałem go. A teraz wybacz, ale za chwilę moja kolej - dodał, wracając do kolejki.
- Ej ty! Nie wolno się wpychać do kolejki! - krzyknął jeden z chłopców, stojących nieopodal.
- Ale przecież ja tutaj stałem cały czas - zaśmiał się brunet.
- Właśnie, że nie! Wyszedłeś z kolejki, więc teraz na koniec - wykłócał się małolat.
- Odszedłem na chwilę, żeby porozmawiać z bratem - bronił się Rocky.
- Na koniec!! - krzyknęła przypadkowa dziewczynka.
- Pff - parsknął brunet. - Wstrętne bachory, węgiel pod choinkę dostaniecie! Chodźmy Ell, spadamy stąd - rzucił, kiwając kumplowi głową, dając mu znak by ten poszedł za nim.
- Sorki Rocky.. Ja zostaję. Zobacz, jeszcze tylko jedno dziecko i nareszcie ja - ucieszył się. Niespodziewanie dziewiętnastolatek pociągnął go za rękę, przyciągają do siebie.
- Wyszedłeś z kolejki - mruknął. - Idziemy. - Ratliff rzucił koledze złowieszcze spojrzenie, aczkolwiek bez zwlekania za nim ruszył.
Całe rodzeństwo, włączając w to Ratliff’a, przez kolejne pół godziny krążyło po galerii w dwuosobowych grupkach. Ellington jak zawsze był w parze z Rocky'm. Jedynym, co chłopcy robili w tym czasie, było obserwowanie różnych świątecznych atrakcji, których w tym okresie było od groma. Nie mogli zatem narzekać na brak zajęć, gdyż co kawałek napotykali ma swej drodze coraz to ciekawsze przedstawienia i zabawy. Ross wreszcie po chwili poszukiwań, odnalazł swojego najstarszego brata. Jak się okazało, urwał się on na moment, aby zakupić sobie niewielkich rozmiarów maskotkę, którą ujrzał kątem oka na wystawie. Był to mały pingwinek przebrany za renifera, a jak wiadomo, Riker pała miłością do pingwinów. Rydel natomiast wciąż nie poddawała się w robieniu zakupów. Mimo, iż miała dość noszenia ze sobą wszystkich toreb, samotnie udała się do jeszcze jednego sklepu, gdzie wpadła jej w oko pewna bluzka. Na jej nieszczęście zabrakło jej rozmiaru, zatem postanowiła zakończyć zakupowe szaleństwo i zgodnie z umową wróciła na parking, na którym już od kilku minut czekało dwóch blondasków.
- Cos ty nakupowała? - zapytał ze śmiechem Riker, otwierając bagażnik od auta.
- Nie gadam z wami. Zostawiliście mnie samą ze wszystkimi torbami - powiedziała z wyrzutem Rydel.
- Ja tam nie chcę się wymądrzać, ale jeśli mnie pamięć nie myli, to tych toreb było trochę mniej, gdy odchodziliśmy - wtrącił Ross.
- W jednej z tych toreb jest również prezent dla ciebie, więc zamiast stać jak ten kołek, pomógłbyś mi pakować to wszystko do auta.
- Baby - rzucił zgryźliwie najmłodszy, zabierając od siostry część reklamówek, następnie zgrabnie pakując je do wozu.
- Nie uwierzycie co! - zaczął Rocky, wraz z Ratliff'em podbiegając do grupki.
- Tak, masz rację. Nie uwierzymy - odparł Riker, dając bratu do zrozumienia, że mało interesuje go jego historia.
- Mały skrzat zrobił mi laskę - powiedział Rocky, nie zwracając uwagi na wcześniejsze słowa brata. Rodzeństwo z zaskoczeniem wymieniło między sobą spojrzenia, następnie zatrzymując oczy na brunecie.
- I to z jakim efektem! - dodał Ellington do wciąż zamurowanych blondynów.
- No mówię wam! Wpychasz masę do buzi, wtedy wszystko zaczyna pracować i idzie coraz dalej i dalej i nagle BAM! - chłopak urwał, gdy w słowa wtrącił mu się Ross.
- Dość! Rocky dość! O czym ty w ogóle do nas mówisz? Nie chcemy wiedzieć co dalej – wymamrotał zdezorientowany.
- Ah ty mały zboczuszku - zaśmiał się Rocky, targając włosy młodszego. - Opowiadałem wam proces powstania laski cukrowej. Jest tam taki duży renifer i skrzat wkłada mu do paszczy taką specjalną masę, a po chwili wszystko wychodzi.. - mówił z coraz większym wczuciem. - ..no zgadnij skąd – uśmiechnął się szeroko, unosząc brwi.
- Chciałbym, żeby odpowiedź brzmiała "z ucha" ,ale ty lubisz wszystkie zabawki, którym coś wychodzi z tyłka zatem odpowiedź wszyscy znamy... Smacznego - powiedział zdegustowany Ross, następnie wsiadając do auta.

______________________________

Mam nadzieję, że pierwszy rozdział Wam się spodobał.
Następny pojawi się prawdopodobnie we wtorek, ale tylko wtedy, jeśli pod tym rozdziałem będzie co najmniej 20 komentarzy. :)

~DarkAngel <33

PS W razie pytań lub niejasności możecie skontaktować się ze mną pod adresem e-mail : better--together@wp.pl :)